• Wpisów: 13
  • Średnio co: 30 dni
  • Ostatni wpis: 355 dni temu, 08:30
  • Licznik odwiedzin: 3 134 / 423 dni
 
paulinelievre
 
Teraz sobie myślę dlaczego czuję się winna, że  nie pisałam przez 8 dni i nie dodałam opowiadania. Ogólnie zaznaczyłam, że nic nie obiecuję... Niestety, ale mam uczucie winy i przepraszam jeśli czekaliście. Na moje nieszczęście dopadła mnie straszna choroba o nazwie Brak Weny Twórczej ( naprawę okropna choroba), a na dodatek złapałam grypę. Niby miałam wolnie i mogłam coś tam napisać, ale nic się w tedy nie chce. Z resztą pewnie zrozumiecie. Ok, żeby nie przedłużać to dzisiaj dokończyłam rozdzial ( w końcu). Przepraszam za możliwe zamieszanie i jeśli zdarzą się błędy. Teraz sie jeszcze bardziej rozkręca, co za tym idzie wy bedziecie bardziej zdezorientowani. Wierzę, że to przeżyjecie ^^
_____________________________________________________________________
Zamaskowani mężczyźni popychali nas cały czas do przodu. Znajdowaliśmy się w czymś co bardzo przypominało tunel w podziemiach. Wszędzie można było znaleźć stalagmity i stalaktyty, z których co jakiś czas skapywała woda. Poza tym panowała tu całkowita cisza. Nawet się zdziwiłam, że nie słychać odgłosów naszego marszu. Nasze kroki były jakby tłumione. Strażnicy rozmawiali ze sobą  normalnym głosem, ale nie było żadnego echa, co można by było uznać za normalne w takim miejscu. Spojrzałam z ukosa na Armina. Po tym jak próbował uciec jeszcze kilkakrotnie, mężczyźni obtoczyli go jak wianek. Widziałam złość na jego twarzy, ale też smutek  (?) Wcześniej wspomniał, że ta cała Wielka Rada Starszych wzywała go nie pierwszy raz. Ale co złego mogą zrobić jacyś dziadkowie? Zaraz sama się tego dowiem. Jeden z zamaskowanych, ten co cały czas szedł za mną wyszedł na przód. Dopiero teraz zauważyłam, że stoimy. I to przed samą skalną ścianą, w której znajdowały się mosiężne i wielkie drzwi. Naprawdę ciekawych tu mają architektów.  Facet o imieniu Ephraim ( bardzo gadatliwi są ) podszedł do drzwi i nadzwyczajnie w świecie, po prostu je otworzył. Naszym oczom ukazała się sala w kształcie okręgu. Było to wielkie pomieszczenie. Jedynym źródłem światła był ogromny świetlik na suficie ozdobiony bogato złotem. Światło, które wypadało przez niego było tak nienaturalnie jasne, że od patrzenia rozbolały mnie oczy. Na samym środku sali stał granitowy stół w kształcie półokręgu. Przy nim siedziało około dwudziestu osób pogrążonych w cichej rozmowie. Na środku półkola znajdowało się srebrne krzesło z wysokim oparciem. Było ono puste, ale zdawałam sobie sprawę, że należy do kogoś ważnego. Nawet najważniejszego.  To wszystko było skąpane w złocistym świetle. Miejsce, w którym staliśmy i reszta sali pogrążona była w całkowitym mroku. Zupełnie jakby chciano ukryć to co się tam znajduje. Usłyszałam doniosły  głos:
- Podejdź.
Ephraim lekko pchnął mnie. Popatrzyłam na elfa, nie powiem byłam trochę zdezorientowana. On próbował mnie chyba jakoś wesprzeć, bo po raz pierwszy od pojmania, uśmiechnął się do mnie. Stanęłam w złotym okręgu i przyjrzałam się tym przy stole. Ok, szczęka mi opadła. Pamiętacie jak mówiłam coś o dziadkach? Teraz wszystko odwołuje. Ale jak ktoś rzuca hasło Wielka Rada Starszych to mój mózg tak to interpretuje . Jednak jak się okazało w radzie zasiadali mężczyźni, którzy wyglądali nie na więcej niż dwadzieścia lat. Po podłużnych uszach poznać można było, że są elfami. No tak, elfy są wieczne. Tylko, że oni byli przeciwieństwem poznanego mi jedynego do tej pory przedstawiciela tego gatunku. Członkowie wielkiej rady mieli długie, proste włosy, chyba w każdym odcieniu złota i srebra. Oczy tak samo. Na sobie mieli długie, aksamitne szaty. Nie wiem czy to tylko moja wyobraźnia, ale wyglądali jakby lekko świecili. Teraz jednak przekonałam się, że mój stereotyp elfa istnieje. Zawsze jakaś satysfakcja.  Elf w zielonej szacie i złocistych włosach przemówił do mnie.
- Jak się dostałaś do Azylium?
Znowu to samo. Może jestem jakąś sensacją roku.
- Przez przypadek – próbowałam ukryć podenerwowanie i odpowiedzieć spokojnie.  Złotowłosy też próbował tej samej sztuczki. Wskazał ruchem ręki w dalszy kąt sali, gdzie panował mrok.
- On Cię tu przyprowadził ? – patrzył się na Armina, który teraz wzywająco się uśmiechnął.
- Nie – odpowiedziałam, a on pokiwał przecząco głową i popatrzył na mnie. W końcu to prawda, bo sama się tu przedostałam. Ale teraz nie planuję mu tego mówić.
- Kłamiesz. To nie możliwe, żeby człowiek sam przeszedł do naszego świata. A ten elf sprawia same kłopoty. Wie, że Zwykli nie mają tu prawa wejść. Ale on zawsze łamie prawo – mówił powoli i z żalem w głosie – On stanowi niebezpieczeństwo dla wszystkich. Jeśli znajdujesz się w jego obecności to ty również jesteś niebezpieczna.
Z głębi ciemności wydobył się cichy śmiech. To był Armin.
- Lotarze, widzę że humor ci dopisuje. Doprawdy, myślisz że ona może być niebezpieczna ? Oprócz tego, że może Cię zagadać na śmierć.
- Nie broń jej. Pamiętasz co zrobili nam ludzie. Nie można im ufać – na chwilę umilkł – Musisz opuścić Azylium.
Może nie powinnam, ale się wtrąciłam
- Dziękuję za pozwolenie panie elfie, ale ja już próbowałam to zrobić. Armin chciał dokładnie tego samego co ty. Tylko, że nie wyszło – jednak bycie opanowanym w moim wykonaniu się nie udało. Lotar jednak nadal sprawiał wrażenie spokojnego.
- Jak to ? Nie, znowu kłamiesz. Nie wiem co chcecie zrobić, ale coś knujecie – obrzucił nas pogardliwym spojrzeniem – Straż, odesłać dziewczynę, a elfa tam gdzie ostatnio!
Armin jęknął.
-   Bracie...
Czy ja się przesłyszałam? Bracie? Lotar syknął.
- Nie nazywaj mnie bratem. Od dawna nim nie jesteś. Jesteś przeklęty, przynosisz hańbę całemu rodowi elfów, naszemu ojcu...
- Synu dosyć – ten głos należał do mężczyzny, który zasiadał na tronie po środku stołu. Wyglądał jak reszta elfów w radzie. Platynowe, proste włosy, podłużne uszy srebrna szata. To co go wyróżniało na tle tamtych to srebro-złota korona. Wyglądała jak zrobiona z gałązek i wplatane były tam rubinowe kryształki. Przez to sprawiał wrażenie jeszcze bardziej świetlistego.  Armin jak mi się przedstawiał mówił, że jest z ludu Cichych Ludzi. Teraz zrozumiałam dlaczego. Nawet nie wiem kiedy wszedł, a byłam pewna, że go tu wcześniej nie było. Chyba nie tylko mnie zaskoczył. Dopiero kiedy się odezwał  wszyscy szybko uklękli. Jakiś impuls kazał zrobić mi to samo. Widocznie Armin nie miał takiego impulsu, ponieważ nadal stał. Elf na tronie przeszył mnie wzrokiem i rzekł smutno.
- Znowu mi się sprzeciwiłeś. Widzę przed sobą człowieka chodź wiesz, że sprawia mi to ból. Twoja matka... – w tym miejscu przerwał. Może dobrze, bo jego nostalgiczny głos sprawiał, że jeszcze chwila i wpadła bym w depresję. Sprawiał wrażenie przygnębionego i zrobiło mi się go żal. Wyglądał jakby miał się rozpłakać. Mimo tego Armin miał kamienną twarz.
- Ojcze, nie sprzeciwiłem się tobie. Nie sprowadziłem Roxanne tutaj.
Oczy tamtego rozbłysły.
- A jednak dziewczyna stoi tutaj. Jak wytłumaczysz, to że ona się tu przedostała bez niczyjej pomocy. To nie możliwe. Co powiesz na, że moja straż znalazła Cię w jej obecności, kiedy nielegalnie otworzyłeś portal. Ja mi to wszystko wytłumaczysz – jego głos stał się bardziej naglący, a wzrok ostry – Jak ?
Armin westchnął i z rezygnacją zwiesił głowę.
- Nie wiem.
- Zawiodłem się na tobie synu. I to nie po raz pierwszy. Już dawno straciłeś moje zaufanie – przy tym wstał – podejdź do mnie.
Armin podszedł do tronu i teraz światło go oblało. Na głowie miał ubrany kaptur więc jego twarz nadal była zacieniona.
- Pokaż ręce Arminie – powiedział cicho.
- Ojcze, proszę...
- To jest rozkaz króla.
Nie wiem czy takie postawienie sprawy podziałało by na mnie, ale na niego tak. Zgodnie z rozkazem ojca, Armin wystawił obie ręce. W tedy tamten chwycił go mocno za nadgarstki i ściągnął mu rękawice. Kiedy światło zalało jego dłonie, elf wstrzymał oddech. Nie wiem dlaczego, ale widać było że sprawia mu to ból. Niby starał się nie okazywać emocji, ale kolana się pod nim ugięły. Jego ojciec wciąż trzymał go żelazną ręką. Po smutnym panu nie zostało ani trochę. Teraz widać było tylko gniew. Nie mogłam na to patrzyć. Wszystkie dobre emocje do tego elfa wyparowały. Podeszłam bliżej, ale Lotar mnie zagrodził i stanął przede mną.
- Co on robi? Dlaczego?
Lotar z uśmiechem i z jadem w głosie odpowiedział.
- Król robi to co do niego należy. Karze zbrodniarzy – dodał ciszej – Takim jak on nie można ufać. Elf brudnej krwi... Poczekaj twoja kolej też nadejdzie jeśli będziesz się z nim.
- Niech pomyślę. To on mi pomaga, a wy jedyne co robicie to się zamęt i wzajemne oskarżenia.. Na razie jestem pewna komu mogę ufać – przepchnęłam się obok niego.
- Niech pan przestanie, robi mu pan krzywdę- mówiąc to popatrzyłam na czerwone już ręce Armina. Oczywiście moje słowa nic nie wyniosły jedynie to Armin rzucił mi krótkie, ostrzegawcze spojrzenie. Jego ojciec nie zwalniał ucisku. Może i jestem zbyt wybuchowa, ale zebrała we mnie taka złość, ze nie wytrzymałam.
- Puść go!
Czy myślałam, że to coś da? Szczerze nie. Jednak to pomogło. Elfi władca puścił swojego syna. Patrzył na mnie tak dziwnym wzrokiem, że starałam się go unikać. Chciałam pomóc mojemu przyjacielowi, ale znowu Lotar musiał się wtrącić.
- Jak śmiesz rozkazywać królowi! Za taką zniewagę nie jestem pewien kiedy wrócisz...
- Najpierw robicie aferę, wysyłacie straże i straszycie biednego Rudolfa, że nie powinno mnie tu być i zagrażam wszystkiemu. Karzecie nic niewinnego elfa, który chce dokładnie tego samego co wy, a teraz nie będę mogła się z stąd wydostać, bo krzyknęłam na waszego króla, który z jakiejś racji mnie posłuchał, a nie musiał. Naprawdę coś jest z wami nie tak – przyznaję się emocje mnie bardzo daleko zaniosły. I chyba przy mojej wypowiedzi bardzo gestykulowałam, bo stojący przy mnie Lotar dostał w brzuch. Z resztą dobrze mu tak. On się przez to jeszcze bardziej zdenerwował. Jeden ze strażników znowu chwycił mnie.  
- Nic nie różnisz się od niego. Wy śmiertelnicy nie jesteście godni nawet śmierci.
- Wiesz jak dla mnie ta wypowiedź nie ma sensu – skarciłam się w myślach, że nie umiem trzymać języka za zębami, ale on mi coraz bardziej działa na nerwy. Lotar wyglądał jakby chciał mnie udusić. I pewnie by to zrobił, tylko że przerwał mu jego ojciec.
- Spokojnie synu – znowu zamilkł – doszedłem do wniosku, że jeśli Armin sprowadził tu człowieka to on go stąd wyprowadzi – jego ton z smutnego zmienił się na surowy i suchy. Zwrócił się do Armina – Od teraz nie możesz jej zostawić. Masz całą odpowiedzialności za nią – jak przemawiał to nadal miał wzrok człowieka bardzo zdziwionego – I jeśli moja straż dowie się o czymś niepokojącym to ty jesteś pierwszym podejrzanym. A później już nie będę taki łaskawy.
Odpowiedziała mu cisza. Cała rada tak jak na początku zaczęła szeptać. Wyglądali na poruszonych decyzją swojego króla. Brat Armina miał minę niepocieszonego seryjnego mordercy. Ja sama byłam zaskoczona taką nagłą zmianą decyzji. Straż zaczęła nas wyprowadzać w stronę drzwi. Rzuciłam jeszcze pytające spojrzenie na Armina, ale on coś szeptał do siebie i nie patrzył w moją stronę. Odwróciłam się za siebie i zobaczyłam pusty tron i stół. Wszyscy znikli.
____________________________________________________________________
Aha i nadal pracuję nad tym, żeby trochę spowolnić akcję. Jak na razie to widać, że nie wychodzi mi to xD
Dobra to do napisania... niebawem xD

Nie możesz dodać komentarza.